Templates by BIGtheme NET
Don't Miss
Home » Ufo kosmici porwania » Czy na Wyspach salomona istnieja istoty pozaziemskie ?

Czy na Wyspach salomona istnieja istoty pozaziemskie ?

part 2 part 3 part 4 part 5 part 6

Jedną z czterech zagadek czy tajemnic Wysp Salomona – a przynajmniej jedną z czterech najbardziej frapujących i zasługujących na uwagę – są tajemnicze istoty, zwane po prostu „olbrzymami z Wysp Salomona”, choć wśród tubylców znane pod wieloma różnymi nazwami, takimi jak Cho(wa)-Cho(wa), Mumu itd. (czyżby określenia różnych „gigancich” ras?). O ile jednak domniemane starożytne ruiny – jeśli istnieją – łatwo zbadać (choć bardzo trudno do nich dotrzeć), gdyż są czymś namacalnym, twardą strukturą wykonaną z kamienia; o ile „Smocze Węże” i/lub inne świetlne manifestacje rzeczywiście zaobserwować można nad wyspami (w każdym razie mnie samemu udało się dokonać takiej obserwacji, chociaż z dużej odległości); o ile w końcu istnienie Kakamora („małych ludzi”) dałoby się jeszcze logicznie uzasadnić na podstawie relacji ze świata, w szczególności zaś z Indonezji, o tyle olbrzymy czy olbrzymi z Wysp Salomona stanowią dla badacza największe wyzwanie, nie tylko i nie tyle ze względu na stosunkowo nieliczne relacje ze spotkań z tymi domniemanymi istotami, ale także dlatego, iż stanowią najmniej prawdopodobną (t.j. najtrudniejszą do uwierzenia i zweryfikowania) tajemnicę Wysp Salomona. Ostatecznie wiemy, że istnieje coś takiego, jak starożytne ruiny. Znamy też wszyscy mniej lub bardziej prawdopodobne doniesienia o świetlnych zjawiskach na niebie – o UFO (skrótem tym obejmuję nie tylko domniemane pojazdy domniemanych „Obcych”, lecz także wszelkiego rodzaju światła na nocnym lub dziennym niebie, których nie można jednoznacznie sklasyfikować jako gwiazda/meteor, samolot i/lub inne znane zjawisko, lecz które mogą być równie dobrze dziełem przyrody, efektem działalności ludzkiej, halucynacją bądź żartem albo oszustwem). Z kolei istnienie na Wyspach Salomona „małych ludzi” wspiera co najmniej jedna, indonezyjska, analogia. Ale olbrzymi? I to w dodatku posługujący się jakimś językiem? Co prawda istnieją pewne dowody pośrednie, które dają podstawy do przypuszczeń, że olbrzymy/olbrzymi nie są wyłącznie fikcją, ale nie ma żadnej pewności… W swym artykule oraz w swej książce Australijski badacz, Marius Boirayon, poświęca olbrzymom z Wysp Salomona tyle samo miejsca – o ile nie więcej – co „Smoczym Wężom”, czyli dziwnym i niezbadanym światłom nad Salomonami. Pisze on między innymi: „Poza tym, że wiadomo, iż budują oni podstawowe szałasy z liści palm sagowych i innych materiałów, olbrzymi posiadają także bardzo rozległy system jaskiń, biegnący pod niemal całą długością gór, czyli przez ponad 200 kilometrów tej porośniętej tropikalną dżunglą wyspy. [chodzi o Guadalcanal – WB] Niektórzy z olbrzymów żyją w zorganizowanych społecznościach o złożonych strukturach społecznych, a ja sam spotkałem wielu mieszkańców wyspy, którzy wierzą, iż byliby w stanie przejść cały ten system jaskiń ze wschodu na zachód nie widząc ani razu światła dnia; wielu z nich uważa, iż populacja olbrzymów liczy tysiące osobników. [. ..]

 

Jedno z wejść do miasta olbrzymów z całą pewnością znajduje się w górze Tatuva. […] Jak rozumiem, istnieją trzy różne rodzaje czy typy tych olbrzymów. Największe i najczęściej widywane mają ponad 10 stóp wzrostu [ok. 3 metrów – WB], ale spotkałem się z licznymi opowieściami mieszkańców wysp, które świadczyłyby o tym, że owe olbrzymy mogą dorastać do jeszcze większych rozmiarów. Olbrzymy te posiadają bardzo długie, czarne, brązowe lub rudawe owłosienie lub też mieszaninę tych kolorów. […] Charakteryzują je także wystające łuki brwiowe, wyłupiaste, czerwone oczy i płaskie nosy oraz szerokie usta. […] Kolejne rodzaje czy typy olbrzymów są mniejsze i posiadają rzadsze owłosienie […]”. Tyle Boirayon. Nie pozostaje nam zatem nic innego, jak przeanalizować możliwości, podobnie jak uczyniliśmy to w przypadku „Smoczych Węży”. Pierwsza ewentualność, jaka natychmiast przychodzi do głowy, jest najprostsza: opowieści o olbrzymach to wierutne kłamstwa, stek bzdur, bajeczki; żadni olbrzymi (bądź żadne olbrzymy) nie istnieją nawet w mitach czy legendach. Oczywiście nie można całkowicie pomijać takiej ewentualności, lecz nasuwa się pytanie o celowość takiego „mydlenia oczu”. Dla zainteresowania Wyspami Salomona? Ale kogo? Garstki badaczy „Nieznanego” wśród tysięcy potencjalnych turystów? W jakim celu? A może li tylko dla wzbudzenia sensacji? Ale przecież – jak dotąd – to właśnie olbrzymi/olbrzymy są tą częścią tajemniczych zjawisk na Salomonach, która wzbudza najmniej sensacji, zapewne ze względu na swą nieuchwytność i niesłychane problemy z dostarczeniem konkretnych dowodów lub choćby poszlak! A jeśli owe „stwory” istnieją, choćby nawet jedynie w mitach, legendach, podaniach? Czy mogą być stałym elementem rzeczywistości mitycznej lub magicznej? Wziąwszy pod uwagę jakże bogaty folklor i niezwykle różnorodną kulturę Wysp Salomona – wyjaśnienie takie wydaje się mieć znacznie większą rację bytu. Jeśli jednak założymy, że olbrzymy są postaciami mitycznymi, to musimy także przyjąć, że historie o nich – jak to zwykle bywa w opowieściach mitycznych – służą jakiemuś konkretnemu celowi. Mogą na przykład wyjaśniać pochodzenie bogatej flory lub fauny Wysp Salomona, opisywać lub oswajać strach czy w inny sposób alegorycznie opisywać otaczający człowieka świat. Zazwyczaj jednak w tego typu przekazach operuje się pewnymi ogólnikami, dotyczą też one najczęściej zamierzchłej przeszłości, czasów mitycznych bądź bliżej nieokreślonych. Z jakimż więc mitologicznym przekazem wiąże się – zapewne jedna z setek istniejących – opowieści, jakie usłyszałem któregoś wieczora na Guadalcanal od przedstawiciela starszego pokolenia? W historii tej pojawiły się bowiem konkrety, takie jak data i godzina, dotyczące rzekomego porwania pewnej kobiety przez jednego z owych olbrzymów! Nie znam mitu, legendy czy podania, w których wymieniano by takie szczegóły. Czy to dowód na to, że olbrzymi/olbrzymy są bytami realnymi? Oczywiście, że nie. Lecz każe to z większą ostrożnością podchodzić do teorii mitu… Załóżmy przez chwilę, że opowieści tubylców nie tylko nie kłamią, lecz dotyczą zupełnie realnych stworzeń. Kim wówczas mogliby/mogłyby być olbrzymi/olbrzymy? Jedną z możliwych – choć dla wielu osób wciąż trudną do zaakceptowania – interpretacji jest taka, że olbrzymy owe są w istocie nieznanymi nauce hominoidami, przedstawicielami człekokształtnych naczelnych nieuznawanych przez naukę, z rodzaju tych, jakie opisywano w Himalajach (Yeti), Północnej Ameryce (Bigfoot, Sasquatch), Australii (Yowie) i wielu innych częściach świata. Pasowałoby to idealnie do opisów olbrzymów: duży, czasem wielki, wzrost, całkowite owłosienie ciała, wydatne łuki brwiowe, dwunożność i skrytość… O czym więc mówią, czego dotyczą historie snute przez starszyznę Wysp Salomona na Guadalcanal, Malaicie czy Makirze? Czy to tylko mitologia? Zmyślenie? Ukryta rzeczywistość? Przyznaję, że spośród wszystkich czterech najistotniejszych zagadek Salomonów ta wydaje się najtrudniejsza do rozstrzygnięcia, nawet w przypadku podjęcia zorganizowanej ekspedycji. Wszak nikomu jeszcze spoza Wysp Salomona nie udało się natknąć choćby na ślady obecności olbrzyma, a co dopiero na samego olbrzyma… Wypada jednak i należy próbować rozwikłać tę zagadkę… nie Lecz przecież jest jeszcze cos innego, coś, co sprawia, że opowieści o olbrzymach nie można traktować jedynie w kategorii oszustwa, zmyślenia czy folkloru, więcej! – co stanowi dość niezbity DOWÓD na to, że w zamierzchłej (a może całkiem nieodległej) przeszłości Ziemię istotnie zamieszkiwały/zamieszkiwali olbrzymy/olbrzymi… Proszę obejrzeć poniższe filmy. Szczególną uwagę zwracam na wycinki prasowe z okresu między końcem XIX wieku a pierwszą połową XX wieku, czyli z czasów, kiedy nawet nikomu się nie śniło, że będzie istnieć coś takiego jak PhotoShop… Swoją drogą, gdyby tak pojechać we wskazane w artykułach miejsca, ciekawe, czy można by jeszcze odkryć jakieś olbrzymie szkielety. Naturalnie istnieje różnica między dawno zmarłymi a żywymi olbrzymami, toteż prezentowane materiały filmowe nie mogą być dowodem bezpośrednim na istnienie olbrzymów z Wysp Salomona, wskazują one jednak przynajmniej na faktyczną rzeczywistość istnienia bytów zwanych olbrzymami. ..

Dowody pośrednie, poszlaki i okoliczności wspierające

Jak wynika z poprzednich stron, poświęconych czterem największym zagadkom czy tajemnicom Wysp Salomona – jak dotąd brakuje wyraźnego, bezpośredniego dowodu na realne istnienie którejkolwiek z nich. Jak także wspomniałem wcześniej, JEDYNĄ szansą na uzyskanie takich dowodów, czy chociaż na PRÓBĘ ich uzyskania, jest zorganizowanie poważnej, długotrwałej EKSPEDYCJI do „miejsca, o którym zapomniał czas”. Więcej informacji o celach takiej ekspedycji i o szczegółach znajdzie Czytelnik na stronie „WYPRAWA NA SALOMONY”. Niemniej jednak, choć brakuje dowodów bezpośrednich (za dowód taki nie można uznać mej własnej obserwacji świateł i stosownej relacji, gdyż nie udało mi się owych świateł sfilmować czy sfotografować, a jedynie zdjęcia i/lub nagrania wideo byłyby w stanie przekonać NIEKTÓRYCH sceptyków i naukowców), istnieje szereg wydarzeń, relacji i uwarunkowań, które stanowić mogą dowody poszlakowe czy niebezpośrednie. W języku angielskim na tego typu dowody istnieje zgrabne i trafne określenie, a mianowicie „circumstantial evidence”, czyli – w dosłownym tłumaczeniu – „dowody związane z okolicznościami”. I to właśnie pewne okoliczności wskazują, że relacje o starożytnych ruinach, kulach czy smugach światła, olbrzymach czy małych ludziach niekoniecznie i nie od razu relegować należy do kategorii bądź kłamstw czy zmyśleń, bądź też li tylko mitów, podań czy legend. Okoliczności owe każą zastanowić się nad prawdziwą naturą opisywanych miejsc czy wydarzeń i dają nadzieję, że za historiami tymi może kryć się coś więcej, niż warte śmiechu czy niewarte uwagi opowiastki. Żadna z owych okoliczności czy poszlak sama w sobie nie decyduje o prawdziwości lub nieprawdziwości dziwacznych salomońskich opowieści. Wszystkie razem jednak stanowią podbudowujący fundament pod dalszą eksplorację, dający nadzieję, a nawet solidne podstawy do przypuszczeń, że warto i należy wyjechać (lub – jak w moim przypadku – powrócić) na Wyspy Salomona, by rozpocząć poważną eksplorację. Poniżej znajdzie Czytelnik chronologię zdarzeń, które ostatecznie doprowadziły do powstania tej witryny i z których każde coraz mocniej utwierdzało mnie w przekonaniu, że ekspedycja na Wyspy Salomona jest wręcz niezbędna, choćby w celu weryfikacji doniesień lub porównania doświadczeń innych osób z własnymi. Mam nadzieję, że zainspirują one kogoś do wyruszenia na wyprawę, a w najgorszym razie dadzą do myślenia, udowadniając przynajmniej, że „coś jest na rzeczy”. W przypadku jakichkolwiek pytań, związanych z tematem można się ze mną kontaktować, klikając na guzik na górze strony „Napisz do mnie”. 2006 lub 2007 rok. Przeglądając Internet w poszukiwaniu informacji na temat „dziwnych zjawisk” przypadkiem odnajduję artykuł Australijczyka francuskiego pochodzenia, niejakiego Mariusa Boirayona, dotyczący rzekomych czy domniemanych podwodnych lub podziemnych baz UFO, dziwnych świateł, a także istot, które miejscowi nazywają po prostu olbrzymami (oryginalny artykuł już nie istnieje w sieci, ale znajdują się tam jego liczne kopie, a także tłumaczenia na różne języki, w tym także na polski, na przykład artykuł na stronach Fundacji Nautilus). Informacje zawarte w artykule były tak niezwykłe, że aż prosiło się, by sprawdzić, czy są prawdziwe. W tym celu należało wyjechać na Wyspy Salomona… Trzeba było jednak na to bardzo długo czekać, aby móc odłożyć pieniądze na wyjazd… 14 sierpnia 2008 roku. Tego dnia wyjechaliśmy na Wyspy Salomona. Naturalnie w tak szalenie krótkim (jak na tamtejsze warunki) czasie nie udało się potwierdzić WSZYSTKICH doniesień Boirayona ani wszystkim zaprzeczyć. Niektóre jednak sprawy udało się zweryfikować. Lecz najważniejszym wydarzeniem całego wyjazdu była obserwacja przeze mnie pewnej pieknej, rozgwieżdżonej nocy dziwnych świateł, poruszających się poza odległą górą po bardzo dziwacznej trajektorii… Widziałem UFO! Nie mam pojęcia, jak wyjaśnić te światła i jestem absolutnie jak najbardziej daleki od twierdzenia, że były to pojazdy „obcych” (choć takiej interpretacji nie odrzucam), lecz na pewno było to coś niezidentyfikowanego… Cóż, przynajmniej niektóre doniesienia Boirayona wydawały się mieć JAKIEŚ źródło w rzeczywistości… Co dokładnie udało mi się zaobserwować, co dokładnie zbadałem, a czego nie – opowiada niniejszy raport z pobytu na Wyspach Salomona.

Listopad 2008 roku.

Byłem teraz jeszcze bardziej zafascynowany i jeszcze bardziej zdeterminowany, by zorganizować tam ekspedycję. Czytałem wszystko, c o tylko udało mi się znaleźć na temat tajemnic Wysp Salomona… Któregoś razu natknąłem się w Internecie na niezwykle ciekawy list niejakiego Jamesa Baury, mieszkanca wyspy Malaita. Był to list, jaki Baura napisał do miejscowej gazety, „Solomon Star”, w dniu 14 sierpnia 2008 roku, a więc w dniu naszego wyjazdu na Salomony… A list był to zaiste niezwykły… Stanowił kolejne potwierdzenie, że po pierwsze do zagadkowych zjawisk dochodzi nie tylko na wyspie Guadalcanal, lecz także na wyspie Malaita, a po drugie, że obie opowieści zdają się doskonale uzupełniać… Bo jeśli ów list był tylko kłamstwem, żartem czy oszustwem, to do kogo skierowanym, jeśli wydrukowano go w lokalnej gazecie? Do miejscowych, którzy z jednej strony przyzwyczajeni są do tego typu doniesień, a z drugiej – mają inne, „ważniejsze” sprawy na głowie? Lecz jeśli w tym liście tkwiłoby choć ziarnko prawdy, to cała opowieść Boirayona jawiłaby się w zupełnie innym świetle… Oryginalny list w języku angielskim nie istnieje już w archiwach internetowej wersji gazety „Solomon Star” (wcześniej udało mi się zrobić z niego wersję pdf), lecz znaleźć go wciąż można w innych miejscach w sieci. List ten także został przetłumaczony na polski i można go przeczytać tutaj.

8 maja 2009 roku.

Tego dnia, przeszukując w dalszym ciągu informacje na temat Wysp Salomona, natknąłem się przypadkiem na forum Tutuvatu, przeznaczone – uwaga, to jest ważne – przede wszystkim dla mieszkańców wyspy Guadalcanal. Jest to ważne, ponieważ zawarte przez niektórych uczestników forum informacje są co najmniej intrygujące, a ze względu na fakt, że prawie nikt na świecie nie wie nawet o istnieniu takiego forum jak Tutuvatu (strona SitezMeter podaje, że w najlepszym okresie jej zasięg nie przekroczył 0,03%, a miesięcznie odwiedzało ją nie więcej niż 120 tys. osób miesięcznie) nie może być mowy o planowanym oszustwie, a tym bardziej o oszustwie planowanym na szeroką skalę. „Swoi” mieliby oszukiwać „swoich”? Przecież to sprzeczne ze zdrowym rozsądkiem! Na forum Tutuvatu przeczytałem m.in. pochodzącą z dnia

20 stycznia 2009 roku

wypowiedź niejakiego „Luti Mikode”, serbskiego badacza, który przybrał taki właśnie „giganci” przydomek. W wypowiedzi tej nawiązuje on do oryginalnego artykułu Mariusa Boirayona i zadaje rdzennym Guadalcanalczykom pytanie, czy coś na ten temat wiedzą. Warto w tym miejscu prztoczyć może przetłumaczone pobieżnie wypowiedzi nietórych uczestników forum, gdyż dają one dość mocno do myślenia gdy idzie o negowanie lub wyśmiewanie zjawiska. Z czym mamy tu do czynienia? „Obcymi”, halucynacjami, dziwacznymi interpretacjami naturalnych zjawisk, czy też może z jakąś mniej lub bardziej tajną działalnością militarną? Niejaka „Anna” pisze: „Słyszałam opowieści o gigantach (mumutere), lecz nigdy się nad nimi nie zastanawiałam. W latach 60. w pewnym miejscu na Malaicie dokonano dwóch obserwacji tych stworzeń. Były to istoty mierzące 6 stóp [ok. 190 cm – WB] wzrostu i pokryte długimi czarnymi włosami. Nasi ziomkowie twierdzą, że byli to ludzie z buszu […]. UFO? Nie wiem. Lecz jeśli wypłyniesz łodzią w nocy z Honiary do Auki, to gdzieś w okolicy Gela natkniesz się na te typy. Zazwyczaj pojawiają się w fomie innej łodzi z włączonymi światłami rufowymi, burtowymi i masztowymi. Pojawia się także łódź podwodna, rozświetlona pod wodą, czasem może być to przerażające. Czasami przybierają też formę samolotów o świecących w nocy światłach i lecących nisko bez wydawania jakiegokolwiek dźwięku. W naszej kulturze uznajemy je za duchy. Używamy ognia, by się przed nimi ochronić”. Naturalnie nie omieszkałem wysłać „Luti Mikode” prywatnego maila, na który jednak nie otrzymałem odpowiedzi. Przez wiele miesięcy zajęty byłem wieloma innymi sprawami i dopiero

w listopadzie 2009 roku

przypomniałem o sobie ponownie mojemu serbskiemu koledze. 7 grudnia 2009 roku. Tego dnia „Luti Mikode” powiedział mi o innym forum (obecnie chwilowo nieczynnym), tym razem przeznaczonym głównie dla mieszkańców wyspy Makira i zwanym „The Real Kakamora” (przypominam, że tym właśnie mianem określa się żyjące ponoć na Makirze niewielkie istoty). Zalezione TAM informacje brzmią jeszcze bardzie zagadkowo i intrygująco, niż w przypadku grupy Tutuvatu. Oto garstka z nich: Niejaki „Henz” pisze

4 kwietnia 2008 roku

(a więc jeszcze przed naszym wyjazdem na Salomony): „Nie jestem pewien, czy to pojazdy wojskowe, ale jeśli słyszeliście o ‚tajemniczych bezgłośnych samolotach’, to widziałem taki na Makirze”. A „NPITIA” 7 kwietnia 2008 roku pisze: „To bardzo ciekawe zjawisko, ponieważ wiele osób przyznaje, że widziały coś, co nazwały ‚cichymi samolotami’, niektórzy zaś widzieli nawet śmiesznie wyglądające morskie stworzenia [których opisy przypominały bardzo opisy łodzi podwodnych], zbliżające się ku wybrzeżu lub przycumowane do okolicznych raf. […] Kilka lat temu rozmawiałe/am z kimś z innego kraju, kto pracował wówczas dla agencji bezpieczeństwa narodowego tego kraju. Kiedy opowiedziałe/am mu to, co mówią naoczni świadkowie takich obserwacji, powiedział po prostu, że na podstawie ich opisów wnioskuje istnienie w okolicy morskiej lub podwodnej bazy wojskowej. […]”. (ze względu na fakt, że forum jest zawieszone, nie mogę podać do niego linka; na szczęście „Luti Mikode” wykonał zrzuty ekranowe tego forum: zrzut pierwszy, zrzut drugi, zrzut trzeci oraz zrzut czwarty). 11 kwietnia niejaki „EIIZ” pisze: „Trudno mi to wyjaśnić, ale sam(a) widziałe/am taki cichy samolot czy cokolwiek to było […]”. A „Dry Bwani Haka” daje taki oto opis swej naocznej obserwacji: „Było to podczas Bożego Narodzenia 2000 roku, płynęliśmy do Arosi na pokładzie statku należącego do ówczesnego posła do parlamentu z regionu Choiseul […]. Pomiędzy Marau a Zatoką Marau, gdzieś między godziną 2:00 a 4:00 rano. Była przejrzysta noc i świecił jasno księżyc […]. Gdy tak siedzieliśmy, jeden z nas zawołał: ‚spójrzcie no tam, chłopaki’ i rzeczywiście w stronę Marau coś leciało. Znaleźliśmy na pokładzie jakieś lornetki i zaczęliśmy patrzeć. Moim zdaniem to coś w ogóle nie miało kształtu samolotu, ale miało skrzydła i ogon, a pod spodem migały naprzemiennie białe i czerwone światła. Brak było jakiegokolwiek dźwięku. Kilka chwil później zdałem sobie sprawę, że to coś lata w tę i z powrotem pomiędzy Marau a zachodnim krańcem Makiry, a potem znikło i nastała znowu ciemność […]”. Powyższe wypowiedzi dość wyraźnie wskazują, iż a) tajemnicze światła rzeczywiście istnieją oraz b) ich natura jest nieznana, lecz mogą mieć one coś wspólnego z tajną (a w każdym razie nieznaną nawet miejscowym) działalnością militarną. Jeśli za „Wężowymi Smokami” kryją się istotnie militarne tajne obiekty, to co takiego szykują Australijczycy bądź Amerykanie? 8 grudnia 2009 roku ze strony Solomon Islands Mysteries nabyłem (oczywiście napisaną w języku angielskim i jeszcze nie przetłumaczoną na polski) książkę Mariusa Boirayona, „Solomon Islands’ Mysteries”. Jest ona rozszerzeniem materiału zawartego w poprzednich artykułach Australijczyka i zawiera o wiele więcej o wiele bardziej szczegółowych informacji, czasem zgoła nieprawdopodobnych (ostatni rozdział stanowi zaś wręcz test zdrowego rozsądku czytelnika – a może samego autora?). A jednak po lekturze książki ma się jeszcze większe, wręcz nieodparte wrażenie, że wśród – być może – bełkotu, kłamstw, zmyśleń i przesadzonych lub zniekształconych informacji kryje się coś zdecydowanie wartego dalszego i głębszego zbadania…

14 grudnia 2009 roku.

[imię i nazwisko do wiadomości W.B. na prośbę zainteresowanej osoby], przebywający na Wyspach Salomona, pisze do mnie maila z informacją, że został zaproszony przez jednego z wodzów do złożenia wizyty w jego wiosce, położonej na Weathercoast (południowym wybrzeżu Guadalcanal). Jak stwierdził wódz, jest on niemal codziennie świadkiem dziennych przelotów dysków (tak obiekty owe nazwał mój informator) oraz codziennej aktywności pewnego olbrzyma, który wychodzi z tunelu, by co rano zażyć kąpieli pod wodospadem. Wódz wspomniał także mojemu informatorowi, że można wywabić giganty z lasu poprzez złożenie im ofiary ze świni, choć podobno wolą one ofiary z ludzi.

22 grudnia 2009 roku

„Luti Mikode” zwrócił moją uwagę na fakt, iż już w roku 1997 – a więc na długo przed ukazaniem się artykułu Boirayona, a nawet przed tym, jak Boirayon (zgodnie z tym co sam mówi) zamieszkał na Wyspach Salomona – na stronie organizacji UFOInfo pojawiła się informacja o światłach na Wyspach Salomona. Po przeczytaniu tej informacji przypomniałem sobie, że także na długo przed ukazaniem się artykułu Boirayona na stronie organizacji Burlington News przeczytałem maila od niejakiego Beldena T.: „Jestem Salomończykiem […]. Pochodzę z wyspy Makira we wschodniej części kraju, na wschód od Guadalcanal. Na mojej wyspie także dochodziło do spotkań z UFO. Zachodnia część wyspy, położona bliżej Guadalcanal, jest podobno bazą owych NOLi. Znajdują się one na wyspie od bardzo długiego czasu, ale uaktywniły się podczas napięć etnicznych (2000 rok). Mieszkańcy zachodniej Makiry bardzo dobrze wiedzą o owych obiektach. W roku 2000 (i aż do 2003) ukazywały się one bardzo często. Ludzie widują samoloty, statki wojenne, a nawet prawdziwych ludzi w mundurach wojskowych. Dziwną rzeczą związaną z tymi NOLami jest to, że nie wydają one żadnego dźwięku, nawet gdy lecą tuż nad czubkami drzew kokosowych (na wysokości ok. 30-100 metrów). Jeśli się wsłuchać uważnie, to da się jedynie usłyszeć dźwięk przypominający szum taśmy odtwarzanej w magnetofonie. Owe NOLe zazwyczaj latają nocą, czasem wysoko, a czasem tuż nad wierzchołkami drzew […]”.

11 stycznia 2010 roku

udaje się wraz z „Luti Mikode” napisać list do Jamesa Baury z prośbą o podanie większej ilości informacji na temat obserwowanych przez niego zjawisk. Niestety nie otrzymaliśmy żadnej odpowiedzi, co świadczyć może zarówno o tym, że zmyślał, jak i o tym, że mówił prawdę, ale nasz list do niego nie dotarł lub też został zignorowany z jakiegokolwiek powodu.

15 stycznia 2010 roku

„Luti Mikode” zwraca moją uwagę na fakt, że w swym oryginalnym liście do gazety „Solomon Star” Baura określa wzgórze Alasa’a inny

m mianem, a mianowicie Kolovrat. Nazwa ta, oznaczająca po prostu „Kołowrót” lub „wirujące koło”, została nadana w XVI lub XVII wieku przez niejakiego Vice Bune, kapitana, poróżnika i ambasadora Republiki Ragusy (niezależnej republiki istniejącej aż do przełomu XIX i XX wieku, którego stolicą był obecny Dubrownik w Chorwacji) na Goa w Indiach, który dopłynął aż na Wyspy Salomona (zob. angielskojęzyczną stronę na temat dalmackich toponimów na Salomonach). Skąd taka dziwna nazwa? Dlaczego „kołowrót”, dlaczego „wirujący dysk”? Czyżby wiązało się to w jakiś sposób z tym, co stulecia później opisał James Baura? Wprawdzie w wyniku późniejszych poszukiwań udało mi się dotrzeć do strony internetowej demistyfikującej owe tajemnicze nazwy (wedle strony Bune nadał dalmackie nazwy wzgórzom, jeziorom i innym punktom terenu podobnym do tych, jakie widział w swej rodzimej Ragusie), to jednoznaczna identyfikacja takiego wzgórza na terenie dzisiejszej Chorwacji nie jest możliwa… 3 lutego 2010 roku od [imię i nazwisko do wiadomości W.B. na prośbę osoby zainteresowanej] na Wyspach Salomona, otrzymuję maila z bardzo lakonicznym zdaniem (a raczej trzema): „Pojawiły się nowe światła. Przyjechała tu rosyjska badaczka ze swym amerykańskim partnerem w celu zbadania zjawiska. Przyjeżdżaj ponownie”. Niestety, osoba ta nie była w stanie podać nazwisk owych badaczy, na jak długo przyjechali, gdzie konkretnie obserwowali światła etc.

2 lipca 2010 roku

na forum Tutuvatu „Luti Mikode” umieszcza informację, że… kwestia UFO nad Wyspami Salomona została poruszona (i to dwukrotnie!) podczas… sesji Parlamentu! Dwóch różnych posłów w różnym czasie zupełnie poważnie mówło o niezidentyfikowanych obiektach latających! Podczas ósmej sesji pierwszego posiedzenia plenarnego w dniu 25 kwietnia 2006 roku niejaki prlamentarzysta Oti mówił między innymi: „Ten Parlament został przejęty. Ten Parlament stał się Parlamentem, który nie należy do mieszkańców Wysp Salomona. Najwyraźniej jest czyimś innym Parlamentem. Mówię to jasno i wyraźnie. Najwyraźniej uginamy się i poddajemy takim siłom, panie Marszałku, jak obcy z zewnątrz, NOLe (Niezidentyfikowane Obiekty Latające) […]. Panie Marszałku, kiedy przejmiemy kontrolę nad naszym krajem? Czy może mi to pan powiedzieć?”. [oryginalny tekst angielski] Druga wypowiedź pochodzi z sesji Parlamentu Wysp Salomona z dnia 23 marca 2009 roku. Parlamentarzysta Zama mówił wówczas m.in.: „Jedyną kwestią, jaką chciałbym tu poruszyć, a która jest bardzo niepokojąca, gdyż dzieje się to być może od czasu uzyskania niepodległości, jest fakt, że ktoś może nielegalnie wykorzytywać naszą przestrzeń powietrzną lub już ją wykorzystywał bez naszej wiedzy. Jeśli wykorzystuje się naszą przestrzeń powietrzną, to kto tym zarządza w imieniu Wysp Salomona? Jeśli się jej używa, to dokąd wpływają dochody z tego tytułu? Panie Marszałku, zbadałem nieco tę kwestię przeszukawszy Internet oraz strony internetowe i znalazłem artykuł, który jest nieco niepokojący a dotyczy olbrzymów z Wysp Salomona i ukrytych baz UFO. W dzisiejszym porannym wydaniu gazety ‚Solomon Star’, na stronie17, zamieszczony został także artykuł, zatytułowany ‚Brytjskie siły obrony poinstruowano w kwestii obserwacji UFO’. Panie Marszałku, to co tu dzisiaj mówię brzmi być może niezwykle, mówimy teraz jednak o specjalnym funduszu przeznaczonym na operacje dziejące się w naszej przestrzeni powietrznej a ów artykuł o olbrzymach z Wysp Salomona jest bardzo dobrze udokumentowany. Sądzę, że Pan Premier, Pan Wicepremier oraz czcigodny Wiceprzewodniczący Opozycji mogą coś wiedzieć na ten temat, albowiem ludzie ci mają swoje bazy tu na Guadalcanal i w pewnych miejscach na Malaicie. Zgodnie z tym dokumentem posiadają także bazy na Makirze […]”. [oryginalny tekst angielski] 3 lipca 2010 roku ukazuje się pierwszy wpis na blogu mojego serbskiego Kolegi, „Luti Mikode”. Podobnie jak ja, on także zafascynowany jest tajemnicami Wysp Salomona, choć koncentruje się przede wszystkim na dziwnych światłach oraz olbrzymach. Wedle jego interpretacji najbardziej prawdopodobne wyjaśnienie świateł to tajne i supernowoczesne pojazdy militarne. Niemniej i dla niego pozostaje zagadką, dlaczegóż to na Wyspach Salomona właśnie miałyby się znajdować tajne bazy wojskowe sił australijskich (a może i amerykańskich) i dlaczego – jak widzieliśmy chociażby w wypowiedziach salomońskich posłów powyżej – najwyraźniej nie zostało to uzgodnione z władzami tego wyspiarskiego kraju…

10 września 2010 roku

na forum Tutuvatu pojawiła się notka o infomacji prasowej, dotyczącej bardzo dziwnej katastrofy samolotu, którego nawyraźniej… nie było! Wedle przytoczonego w notce doniesienia prasowego, mieszkańcy wioski Ogou i wyspy Leli niedaleko północno-wschodniego wybrzeża Malaity twierdzili z uporem godnym lepszej sprawy, że widzieli katastrofę samolotu, który rozbił się w oceanie. Po dokładnym przeczesaniu terenu policji nie udało się znaleźć niczego, co potwierdziłoby te informacje… Co to zatem było? Kłamstwa miejscowych mieszkańców lub nadinterpretacja dających się łatwo wyjaśnić zjawisk? Czy też może katastrofa, która nie była katastrofą, małego samolotu, który nie był samolotem? 11 września 2010 roku na tym samym forum Tutuvatu pojawiła się bardzo lapidarna, lecz jakże intrygująca i dająca do myślenia notka, autorstwa niejakiego „Poupouhugi”: „UFO????? ………mhmmmmmmmmmm…… nic nowego dla nas, mieszkańców Arosi na Makirze….Zachodniej Makirze”.

16 września 2010 roku

na forum Tutuvatu uaktywnił się użytkownik o pseudonime Kesu, podając tyleż dziwną, co intrygującą informację, osadzoną z jednej strony w przebogatym folklorze Wysp Salomona, a z drugiej najwyraźniej nawiązująca do UFO, rozumianego albo jako pojazdy obcych istot, albo nieznane reszcie świata tajne pojazdy lub samoloty wojskowe: „Jeśli zobaczycie jak nad wodami Marovo leci szybko poruszające się światło, z całą pewnością jest to pela. Na Guale, jeśli dostrzeżecie nieustannie migające i szybko przemieszczające się błękitne światełko, bez wątpienia macie do czynienia z thuvibithi le na vele”. Zapytany przez „Luti Mikode” czym są pela oraz thuvibithi le na vele, 21 września użytkownik ten udzielił następującej niezwykle frapującej i zastanawiającej odpowiedzi: „Pela i vele oznaczają różne rzeczy dla różnych osób. Świecą migającymi czerwonymi i błękitnymi światłami, mogą zmieniać kształt i pojawiać się pod dowolną postacią”. Zastanawiający opis, nieprawdaż? Czy dotyczy on jednak mitycznych postaci? Pojazdów kosmicznych? A może zwykłych lub niezwykłych i tajnych latających obiektów wojskowych? 8 października 2010 roku użytkownik blaze33 zamieszcza kolejną intrygującą notkę. Dotyczy ona fotografii z 1942 roku, przedstawiającej rzekomego NOLa nad Guadalcanal! Gdyby udało się potwierdzić autentyczność i ustalić okoliczności wykonania tego zdjęcia, niewykluczone, że byłaby to sensacja na miarę światową. Niestety z oczywistych powodów weryfikacja taka nie jest możliwa… Chociaż wszystkie dotychczasowe informacje, poszlaki i okoliczości skupiały się głównie wokół świateł widywanych nad Wyspami Salomona, nie oznacza to naturalnie, że podobnych poszlak czy dowodów pośrednich brakuje w odniesieniu do pozostałych tajemnic tego kraju, czyli ruin, gigantów czy wreszcie „małych ludzi”, na Makirze zwanych Kakamora. Zajmijmy się teraz tymi ostatnimi. Jak to już opisywałem w części zatytułowanej „Kakamora”, Wyspy Salomona obfitują w mnóstwo opowieści o niewielkich, mierzących około 1 metra (lub mniej) wzrostu istotach, posiadających swój własny język i obyczaje, zamieszkujących jaskinie w pokrytym dżunglą interiorze Makiry i – do pewnego stopnia – także innych wysp. O istotach tych wspominali w swych pracach brytyjscy i amerykańscy etnografowie i antropolodzy, nieodmiennie nadając im znaczenie jedynie mityczne; nie rozważali, nawet żartem, możliwości realnego, fizycznego i namacalnego istnienia „małych ludzi”. Stan ten utrzymuje się do tej pory – wszelkie próby nawet najbardziej zawoalowanej sugestii, iż w opowieściach plemiennej starszyzny może kryć się ziarnko prawdy są przez przedstawicieli oficjalnej nauki ignorowane, wyśmiewane, potępiane czy też negowane. Z pozoru takie status quo wydaje się być w pełni uzasadnione: wszak (jeśli pominąć opowieści rdzennych mieszkańców, nieodmennie relegowane do krainy mitów i legend) nikt jeszcze nie natknął się na żaden ślad owłosionych małych istotek, o samych Kakamora już nawet nie wspominając. Postanowiłem sprawdzić, czy w istocie nie istnieją żadne relacje, które mogłyby świadczyć o realnym, fizycznym istnieniu „małych ludzi”. Okazało się, że są takie przekazy, choć aby się o nich dowiedzieć, musimy odbyć mentalną podróż około 6000 kilometrów na zachód od Wysp Salomona – na indonezyjską wyspę Flores. W roku 2003 w jaskiniach Liang Bua na tej właśnie wyspie odkryto szczątki dziewięciu szkieletów o bardzo nietypowej morfologii i wzroście ok. 100 cm. Osobniki, których szkielety zachowały się w jaskiniach nazwano Homo floresiensis lub – na cześć tolkienowskiej trylogii – „Hobbitami”. Jak oszacowano, żyli oni jeszcze ok. 12-13 tys. lat temu, kiedy to erupcja wulkanu zmiotła większość z nich z powierzchni ziemi. Wkrótce wokół „Hobbitów” rozgorzała zaciekła dyskusja, a naukowcy podzielili się na z gubsza dwa obozy: tych, którzy twierdzili, że niepodobna, by współcześnie z Homo sapiens, w niemal każdym aspekcie fizcznym podobnym do nas lub identycznym z nami, żył odrębny gatunek hominida o niewielkim wzroście, małym mózgu i prymitywnych zachowaniach (badacze ci utrzymywali, że „Hobbity” (lub „Hobbici”) to w gruncie rzeczy przedstawiciele Homo sapiens cierpiący na mikrocefalię); oraz na tych, którzy widzieli w Homo floresiensis przdstawiciela odrębnego gatunku, co urągałoby panującym poglądom na procesy ewolucyjne. Spory owe trwają do dziś, aczkolwiek ostatnimi czasy szala zwycięstwa zdaje się przechylać na korzyść tej drugiej grupy badaczy; jeśli okazałoby się, że istotnie mają rację, zburzyłoby to w dużym stopniu przeświadczenie o nieomylności darwinowskiej teorii ewolucji. Miałoby to jeszcze jedną reperkusję, a mianowicie do pewnego stopnia podbudowałoby naukowo twierdzenia lokalnych mieszkańców dotyczące ich spotkań z Ebu Gogo, małymi (ok. metra wzrostu!), owłosionymi istotami, posiadającymi swoistą inteligencję i umiejętność porozumiewania się w dziwnym języku, potrafiącymi wszakże powtórzyć całe zdania lub zwroty, wypowiadane przez tubylców. Wielu uczonych, w tym Richard Roberts, jeden ze współodkrywców Hobbitów, skłania się ku przekonaniu, że widywane przez tubylców Ebu Gogo to właśnie Homo floresiensis, którego nieliczni przedstawiciele przetrwali kataklizm sprzed tysiącleci, żyjąc na wyspie i od czasu do czasu pokazując się miejscowym jeszcze pod koniec XIX wieku. Są jednak tacy tubylcy, wedle których Ebu Gogo vel „Hobbity” żyły nawet w XX wieku! Oddajmy głos szefowi wioski Boawe oraz R. Robertsowi, którego tekst (a raczej tłumaczenie) ukazał się m.in. na portalu Nowości, do którego dotarłem 16 listopada 2010 roku. Jeśli to co mówi sołtys Lewa jest prawdą, to rysują się tu wyraźne analogie pomiędzy tym, co opowiadają mieszkańcy Flores, a doniesieniami z Makiry. Czyż zatem całkowicie nieuprawnione są twierdzenia o fizycznej realności istot zwanych Kakamora, ‚O itp.? Czy też może niezbędna jest ekspedycja? A co z olbrzymami oraz cyklopowymi ruinami, zapyta ktoś? Czy i tu także da się odnaleźć jakieś analogie i poszlaki? Otóż jak najbardziej tak, i to znacznie bliżej Wysp Salomona niż w przypadku Flores i Indonezji, a mianowicie na Tuvalu. Ten niewielki pacyficzny sąsiad Wysp Salomona stał się domem dla Terje Dahla (http://www.sydhav.no/terje/index-en.html), Norwega ożenionego z Tuvalanką. Terje to barwna postać: żeglarz (przepłynął samotnie z Norwegii na Tuvalu), podróżnik, badacz spraw niewyjaśnionych, w szczególności zaś olbrzymów, zdołał – jak sądzę – udowodnić na swych stronach, że za opowieściami o olbrzymach kryje się coś znacznie więcej, niż tylko mity, żarty, oszustwa czy miejskie legendy… Dzięki ujawnianej korespondencji z przedstawicielami muzeów i placówek badawczych wykazał, że istnienie stulecia czy może tysiąclecia temu olbrzymów (kimkolwiek byli) jest bezsprzeczne. Lecz największym odkryciem Terje oraz czymś, co mogłoby się zakończyć spektakularnym sukcesem i raz na zawsze rozstrzygnąć o prawdziwości olbrzymów, było odkrycie i niemal odkopanie grobu jednej z takich istot na Tuvalu!!! Dlaczego niemal? Ponieważ w ostatniej chwili wódz wioski, który wcześniej wyraził zgodę na otwarcie grobu, zmienił zdanie i stwierdził, że mogłoby to rozgniewać ducha olbrzyma, a przekonywanie go (wodza) do projektu na nic się nie zdało… Daje to pewne pojęcie o mentalności mieszkańców wysp Pacyfku oraz o niepewności otrzymywanych informacji (Jeśli w grobie nie ma nic {nadzwyczajnego}, to czemu wódz zabronił kopać? Jeśli zaś są tam szczątki olbrzyma, to po co i dlaczego wódz w ogóle zgodził się na kopanie?) W każdym razie o ile założymy, że opowieści tubylców są prawdziwe, to Terje był O KROK od wzbogacenia prawdziwej wiedzy i rozpętania prawdziwej burzy naukowej, a nawet rewolucji… Szansę tę jednak zaprzepaściła nieprzejednana postawa wodza… O odkryciu grobu olbrzyma można poczytać kliknąwszy na link obok. Strona jest po norwesku, ale używając funkcji tłumaczenia w Google’u można spróbować przetłumaczyć tekst na polski (a raczej na „polskawy”), choć dla mnie najbardziej zrozumiałe było automatyczne tłumaczenie na angielski. Jeśli na Tuvalu rzeczywiście znajdują się olbrzymich rozmiarów grobowce czy groby gigantów, to wielce prawdopodobne, że podobne groby czy grobowce podobnych gigantów mieścić się mogą także na Wyspach Salomona. Szkoda tylko, że rdzenni mieszkańcy tak zazdrośnie strzegą tych sekretów – jakież potencjalnie rewolucyjne odkrycia, na tę samą lub większą miarę co „Hobbity”, kryć jeszcze mogą gęste, tropikalne lasy archipelagu? Zupełnie niespodziewana pomoc w postaci kolejnych poszlak, dowodów, domniemywań czy okoliczności, przyszła ze strony niejakiego Nicka, rdzennego mieszkańca Wysp, posługującego się zresztą nienaganną angielszczyzną.

W dniu 21 października 2010 roku

umieścił on zastanawiający komentarz na portalu, który – jak na ironię – w sposób bezkompromisowy rozprawia się z Boiray onem i jego informacjami. Nick pisze: „Wiadomość dla sceptyków. Więcej niż jeden naoczny świadek widział, jak w jasny, przejrzysty dzień obcy (zapewne amerykański) pojazd, ni to łódź podwodna, ni to samolot, wleciał do morza, a potem z niego wyleciał dokładnie w tym samym punkcie niedaleko miejsca, które zaznaczył Boirayon na mapie załączonej do jego artykułu. Zagadka ta wywołała niemało zamieszania i nawet mniej więcej w ubiegłym tygodniu znalazła się na pierwszej stronie jednej z najbardziej poczytnych gazet”. Zaintrygowany, postanowiłem napisać pod wskazany przez niego adres. Co ciekawe, bardzo szybko, bo już 17 listopada 2010 roku, a więc zaledwie dzień po moim e-mailu, Nick odpisał m.in.: „Tam skąd pochodzę nie ma już żywych olbrzymów, znaleźć jednak można pozostałości po nich. Sądzę, że kilka szczegółów podanych przez p. Boirayona jest wielce przesadzonych, szczególnie w kwestii olbrzymów. Niemniej bazy (być może wojskowe) są bardzo prawdziwe i tajemnicze. Obce pojazdy są bardzo prawdziwe i mogą wcale nie pochodzić od obcych, aczkolwiek nie jest to konwencjonalna technologia […]. Co się tyczy małych ludzi (Kakamora), są oni właśnie tematem dyskusji w wioskach na Makirze. Wcale nie wymarli. Żyją także na wyspach Santa Cruz w prowincji Temotu Wysp Salomona. Są to istoty niezwykle skryte i konserwatywne […]. Nie podoba im się wpływ, jaki współcześni ludzie wywierają na góry i dżugle. Wracając do szczątków olbrzymów: jakiekolwiek przy nich grzebanie równoznaczne jest ze świętokradztwem. Jest tak dlatego, że żyją jeszcze ich potomkowie, którzy nie chcą, by fotografować owe szczątki czy otwierać groby. Niektóre z grobów mają ponad 12 stóp [prawie cztery metry – WB] długości. Owe groby przodków należą do epoki przedchrześcijańskiej, a grzebanie przy nich bez wątpienia przywoła złe duchy itd”. A w następnym mailu z

18 listopada 2010 roku

Nick pisze coraz bardziej intrygująco; na moją sugestię, że o ile w ogóle olbrzymy są/były realne, to mogłoby chodzić zarówno o owłosione hominoidy, jak i o starożytną rasę białych ludzi (jak chce Igor Witkowski, patrz strona o murach i budowlach), Nick odparł: „Sądzę, że przez te tereny mogły przechodzić obydwie rasy. W naszym miejscowym narzeczu (z północnej Malaity) olbrzymy określamy jako ‚gosil’e’ lub ‚aburu’. Gosile posiada długie włosy, najprawdopodobniej skręcone w dreadlocki. Najbardziej trzeba się obawiać aburu, to on właśnie w lokalnych opowieściach nieodmiennie porywa dzieci i je zjada […]. W południowej części Malaity używało się kości olbrzymów jako elementów wspierających przy budowie domów zgromadzeń, do których wstęp stanowi tabu. Mam przyjaciela z tej właśnie wioski, w której nadal używa się tych kości jako budulca! Miałem niezły ubaw, kiedy powiedział mi, że nazywają te kości lub groby olbrzymów ‚adam’ […]”. Wreszcie w mailu z dnia 22 listopada 2010 roku napisał coś, co sprawiło, że i mnie, i – nie wątpię – „Luti Mikode” serca szybciej zabiły. Gdybyż można było przeżyć doświadczenie pewnego mężczyzny z Malaity, jak opisuje to Nick…: „Najbardziej ekscytująca informacja pochodzi od kogoś, kto na co dzień nie jest związany z tematem. Kobieta z Malaity mówiła, że około rok temu pewnego mężczyznę zabrano do społeczości olbrzymów w celu zweryfikowania lokalnych opowieści, tak popularnych wśród miejscowych. Mężczyzna powiedział jej, że był oszołomiony i prawie zwariował. Wedle owego Malaitańczyka, ci szczególni olbrzymi nie są bardzo wysocy. Mają szerokie ramiona, lecz nie powalają wzrostem. Mają włosy sięgające za kolana oraz zadziwiająco długie paznokcie Ich język niepodobny jest do żadnego znanego ludziom innego języka […]. Innym szczegółem, który udało mi się ustalić jest to, że owe owłosione istoty żyją w jaskiniach, lecz się do nich nie ograniczają. Mają także domostwa pobudowane wokół jaskiń […]. Co się tyczy małych ludzi z Malaity, na Makirze zwanymi Kakamora, my nazywamy je ‚O. Lecz ich pełna nazwa to ‚Oranggo’ (pamiętam z tego, co czytałem o językach austronezyjskich i nieaustronezyjskich, że malajskim (indonezyjskim) terminem na człowieka jest ‚orang’) […]. Ostatni zmarł tuż po zakończeniu II Wojny Światowej”. 3 grudnia 2010 roku Nick poinformował mnie, że skontaktował się z pewnym mieszkańcem tzw. Małej Malaity, którego stuletni dziadek jest skarbnicą wszelkich informacji. Człowiek ów wyraził gotowość do ścisłej współpracy w przypadku podjęcia ekspedycji na Wyspy Salomona. Podkreślił także, iż olbrzymy absolutnie nie są jakimiś baśniowymi czy wymyślonymi postaciami, którymi straszy się dzieci, lecz że są – jak wyraził się mieszkaniec Małej Malaity – przodkami, którzy bez wątpienia mają żyjących potomków. Przyznał także, iż istnieją „dobre” i „złe” olbrzymy. Tymczasem 6 grudnia 2010 roku Nick pisze także do mojego serbskiego współpracownika i kolegi, „Luti Mikode”, odnosząc się do wspomnianego wyżej listu Jamesa Baury do gazety „Solomon Star”. Wprawdzie poddaje w wątpliwość dokładny opis Baury, lecz jednocześnie przedstawia inne fascynujące informacje, które zresztą przywodzą na myśl istniejące ponoć w Amazonii podobne struktury i/lub zjawiska. Nick pisze: „Nie wierzę w to, co [Baura] zawarł w tym artykule. Kolovrat nie jest wygasłym wulkanem, jak wskazywałaby jego historia. Otwory w górach przypominają raczej leje krasowe. Jedne mają suche dno, w innych przepływają podziemne rzeki. Jeszcze inne stanowią sieć połączonych ze sobą bardzo głębokich jaskiń. Wciąż pamiętam jedną z opowieści, mówiącą o człowieku, który zszedł w dół leju aby znaleźć owoc drzewa chlebowego, który tam upuścił. Mężczyzna ów znalazł się w olbrzymiej jaskini, całej rozświetlonej (nie wiem w jaki sposób), w której nieustająco było jasno jak w dzień. Zowiemy takie jaskinie dangi-talau, czyli nieustające światło dnia”. 7 grudnia 2010 roku Nick pisze dalej: „[…] Co do szczątków olbrzymów, to wiem o dwóch dość łatwo dostępnych miejscach, w których się one znajdują, jednak robienie zdjęć jest niemożliwe bez wcześniejszego zezwolenia. Zwrot „łatwo dostępne” oznacza, że nie ma tam gór, po których trzeba by się wspinać. […] Rozmawiałem także z R. [wspomniany wyżej informator z Małej Malaity], który wspomniał, że kiedy jego dziadek odprawiał modły do przodków i składał im ofiarę, czynił to w obecności 9 istot zwanych Kakamora. Jego dziadek twierdził, że przybyły one z Makiry […]”. 14 grudnia 2010 roku, dzięki długim poszukiwaniom internetowym i „kontaktom z kontaktami”, udało mi się napisać do Australijczyka, który zna Mariusa Boirayona bardzo dobrze, tym samym potwierdzając jego istnienie (w które niektórzy wątpią czy wątpili). Wreszcie 25 grudnia 2010 roku skontaktowałem się z Geertem, jedym z producentów i operatorów filmowych z Holandii, którego adres e-mailowy uzyskałem właśnie od pana Owena. Człowiek ów także szykował dokumentalną wyprawę na Wyspy Salomona.

W dniu 7 stycznia 2011 roku

odbyłem telekonferencję najpierw z moim australijskim kontaktem, później zaś z Geertem. Ze względu na fakt, że część z przekazanych mi informacji ma charakter poufny lub też że wymienione przez nich osoby nie życzą sobie ujawniania, nie mogę przekazać wszystkich informacji, które wynikły w toku konferencji. Spośród tych informacji, które mogę ujawnić, wymienić można następujące: Do informacji opublikowanych przez Mariusa Boirayona należy podchodzić z niejaką ostrożnością, albowiem nie wszystko co mówi może być takim w rzeczywistości; Niemniej prawdopodobnie około 10% z tego, co zawarł w książce rzeczywiście sam przeżył. Nie oznacza to, że pozostałe 90% to kłamstwa, zmyślenia lub wyolbrzymienia, lecz raczej, że 90% rzeczy, które znalazły się w książce czy artykule zostały przeżyte przez kogoś innego; O ile istotnie na Guadalcanal i Malaicie dochodzi do różnych dziwnych i niewyjaśnionych manifestacji, o tyle do najciekawszych wydarzeń dochodzi na wyspie Makira, zwanej inaczej San Cristobal; Historie o olbrzymach występują od wieków w folklorze nie tylko Wysp Salomona, lecz także Papui-Nowej Gwinei oraz Vanuatu, dwóch sąsiadów Wysp Salomona; Pewien poważny i szanowany prawnik z Brisbane, którego zna mój australijski kontakt, poza tym, że zajmuje się poważnymi kwestiami, co roku wyjeżdża na Guadalcanal, by szukać olbrzymów. W czasie jednej z takich podróży udało mu się wraz z grupą tragarzy i przewodników dotrzeć do miejsca niezbyt odległego od domniemanej siedziby olbrzymów. Zanim jednak dotarł do celu – towarzyszący mu tubylcy rozpierzchli się w strachu. Dlaczego?; wedle miejscowych mieszkańców na Makirze, a w szczególności w jednej z niezwykle oddalonych i zapomnianych niemal przez Boga i ludzi wiosek, dochodzi do regularnych manifestacji w postaci wzlatujących w niebo obiektów o romboidalnym kształcie, przelatujących około godziny 16:00 tuż nad wierzchołkami palm; nawiasem mówiąc tubylcy przyzwyczaili się do nich do tego stopnia, że mówią o tym z nonszalancją i pozornym przynajmniej brakiem zainteresowania; Ponadto chodzą słuchy o widywanych czasem i ubranych w wojskowe mundury postaciach, które nie wydają się całkiem ludźmi (cokolwiek to oznacza); W miejscowości Kirakira, będącej stolicą wyspy i prowincji Makira, znajduje się lotnisko, czy też raczej trawiasty pas startowy, dla niewielkich samolocików linii Solomon Airlines, które tu lądują. Od lotniska tego biegnie w głąb dżungli, w kierunku, z którego widywano nadlatujące czy wznoszące się w niebo obiekty, wyrąbana w dżungli bardzo szeroka (jak na salomońskie warunki) droga. Czemu ma lub miała służyć?; Malaitańczycy z równą nonszalancją wspominają o tym, że widzieli olbrzymy lub też spokojnie informują, że zamiast olbrzymów mogą zdumionego badacza zaprowadzić blisko siedziby „małych ludzi”; inni wreszcie twierdzą, że są w posiadaniu lub wiedzą, gdzie można natknąć się na szkielety gigantów czy też artefakty z latającego obiektu. Listę tę można by jeszcze uzupełnić o co najmniej kilkanaście punktów, myślę wszakże, iż powyższe wskazują, że w opowieściach miejscowych mieszkańców nie może być raczej mowy o oszustwie, żarcie czy zmyśleniu. W dniu 5 lutego 2011 roku kolejną sensacyjną poniekąd wieść przekazał mi mój serbski kolega i współpracownik, „Luti Mikode”. Otóż nawiązuje ona do informacji (patrz wyżej) dotyczącej tajemniczej katastrofy samolotu, którego nigdy nie odnaleziono oraz (jak również już wyżej wspomniano) do posiedzeń Parlamentu salomońskiego, podczas których najwyraźniej omawia się m.in. kwestie dotyczące dziwnych zjawisk nad tymi ziemiami – swoisty ewenement, albowiem gdzie indziej na świecie zgromadzenie ustawodawcze dyskutuje oficjalnie i poważnie na takie tematy? Ponadto o ile poprzednio cytowane wystąpienia parlamentarzystów były tylko cytatami z różnych opracowań i artykułów (w tym także Boirayona), tu mowa jest zupełnie wyraźnie o doświadczeniach z UFO nawet samych parlamentarzystów, którzy zgodnie przyznają, że owa dziwna katastrofa samolotu (oraz, jak się dowiadujemy, inne podobne!) do tej pory stanowi tajemnicę! Oto link do fragmentu posiedzenia Parlamentu Salomonów, w którym mowa o wypadku samolotu i o UFO. W dniu 8 kwietnia 2011 roku, w odpowiedzi na artykuł mojego serbskiego kolegi i współpracownika, „Luti Mikode”, dotyczący publicznej debaty w Parlamencie Wysp Salomona kwestii UFO (http://solomongiants.wordpress.com/2011/02/05/si-government-seriously-considers-ufos/), ukazała się – jakże intrygująca – wypowiedź niejakiego Bernarda, rdzennego mieszkańca Wysp Salomona: „Pojedźcie na Malaitę i zasięgnijcie języka, przeprowadźcie analizę, a uwierzcie, że dużo się dowiecie. Do tej pory są tam kości i groby olbrzymów, po dziś dzień obserwuje się przeloty owych sond UFO, a szczęściarzy, którym udało się dotrzeć do wnętrza Ziemi poprzez jaskinie na Malaicie nie ma już zbyt wielu, lecz ciągle można ich spotkać; kto wie, może uda wam się z jakimś porozmawiać o ile będzie pewny, że nie jesteście z RAMSI. Relacje o obserwacjach można usłyszeć niemal od każdego, albowiem są tak powszechne. Ostatnio się tam wybrałem i wysłuchałem opowieści naocznego świadka, który twierdził, że nie jest w stanie wyjaśnić tego co widział, a mianowicie jak wyskakujący z wody delfin zastyga nagle w pół ruchu w pobliżu wynurzającego się UFO. Zjawiska te są tak powszechne, że wysyłane są specjalne ostrzeżenia aby nie łowić ryb wokół obszarów zarezerwowanych dla UFO […]”. 13 maja 2011 roku zgłosił się do mnie [imię i nazwisko do wiadomości W.B. na prośbę osoby zainteresowanej], który wyraził zainteresowanie współuczestnictwem w wyprawie, przekazując mi ciekawe informacje dotyczące potencjalnych znalezisk na Wyspach Salomona.

Natomiast 16 maja 2011

roku mój kontakt z Salomonów poinformował mnie o znalezisku, które – jeśli rzecz jest prawdą – ma potencjalnie doniosłe znaczenie, mianowicie o czaszce jednego z olbrzymów w pniaku drzewa! Mail ów to – jak dotąd – ostatnie i najświeższe tropy czy ślady potencjalnie pomocne przy tropieniu zagadek i tajemnic Wysp Salomona. Drogi Czytelniku, jeśli posiadasz jakiekolwiek inne informacje – proszę o kontakt poprzez kliknięcie na guzik/link „Napisz do mnie”. Wyrażam szczerą nadzieję, że przedstawione powyżej fakty, hipotezy, poglądy, informacje czy poszlaki ułatwią zrozumienie, że ci, którzy w kontekście czterech największych zagadek Salomonów mówią o mitach, alegoriach, żartach, oszustwach czy przywidzeniach prawdopodobnie się mylą. Mam jeszcze większą nadzieję, że w przynajmniej części z Czytelników wzbudziłem na tyle duże zainteresowanie, iż rozważą przyłączenie się do ekspedycji dążącej do prawdy. Czego i sobie, i Wam życzę

Zrodlo : www.wyspy.webd.pl/pl,proofs.html

About Christopher

Christopher
Prezes portalu Galaktica
GotLink.pl

© Copyright 2017, All Rights Reserved